RSS
niedziela, 03 czerwca 2012
Być kobietą...

Wirdžina

- trzecia płeć

Parę lat temu miałam okazję obejrzeć film Srdjana Karanovicia pt. Virdžina. To wstrząsająca opowieść o dziewczynce, która urodziła się w rodzinie, gdzie przed nią urodziło się już kilka dziewczynek, a ani jeden syn. Rodzice postanowili więc, że ich najmłodsza córka wcieli się  w rolę syna – zostanie wychowana jak chłopiec, będzie się ubierała  jak chłopiec, nigdy nie wyjdzie za mąż i przejmie obowiązki syna – to znaczy, że ich najmłodsza córka zostanie … Virdžiną.

Nawet, jak na fabułę filmu opowieść dość okrutna. Ale Virdžiny to nie wytwór fantazji reżysera. To zwyczaj, który niegdyś na Bałkanach wcale nie był rzadkością i który do dziś – choć obecny  na dużo mniejszą skalę - wciąż nie umarł.    

 

Kiedyś w niektórych częściach Półwyspu Bałkańskiego rodziny bez męskiego potomstwa skazane uważano za przeklęte i skazane na klęskę.

Żeby zapomnieć tej klątwie rodziny wyznaczały jedną z córek na Virdžinę –           ona miała żyć jak mężczyzna, pracować i dziedziczyć.

W drugiej połowie XIX wieku w Czarnogórze, Kosowie  i północnej Albanii zaobserwowano istnienie niezwykłych „dziewczyno-chłopaków” czyli kobiet, które z braku braci w rodzinie zaprzysięgały, że nigdy nie wyjdą za mąż  i dla swych ojców będą zamianą za synów. Kobiety takie ubierały się jak mężczyźni, nosiły broń, paliły tytoń, przybywały w męskim towarzystwie i były traktowane i szanowane na równi z mężczyznami – czyli w socjalnym znaczeniu stawały się „mężczyznami”  

Fenomen Virdžin, czyli osób, które w ten sposób zmieniają swój status płciowy i socjalny do dnia dzisiejszego wzbudza zainteresowanie badaczy, a najnowsze badania – choć brzmi to nieprawdopodobne – pokazują, że w północnej Albanii i Kosowie obyczaj „zrzekania się” płci i wszystkiego co ona z sobą niesie jest wciąż żywy.



sobota, 31 lipca 2010
Balkanska nie-bajka

Miało być o mitach – i będzie, ale w następnym wpisie. Pomyślałam, że najpierw „wytłumaczę się“ z tytułu mojego bloga – Bałkańska nie-bajka to tytuły mojego artykułu – był to pierwszy artykuł napisany do pierwszego numeru Bałkańskiej Mozaiki (www.balkmozaika.info) czyli styczeń 2008.

Bałkańska nie-bajka

Kiedyś, gdy byłam małą dziewczynką tata kupił mi pewną zabawkę. Nie pamiętam jak się nazywała – była w kształcie średniej wielkości rulonika zamkniętego z obu stron. Z jednej strony było małe okrągłe plastykowe okienko. Gdy przyłożyć do niego oko z drugiej strony rulonika ukazywały się kolorowe szkiełka układające się w kształt witrażyków. Najmniejszych ruch ręką lub mrugnięcie okiem sprawiało, że układ szkiełek się zmieniał i powstawał nowy witrażyk – wciąż nowy, i nowy. Byliśmy przekonani, że obraz nigdy się nie powtarza. Chyba nazywaliśmy tę zabawkę kalejdoskop. Ale zapomnijmy na moment o kalejdoskopie.

Nie tak dawno przyszło mi do głowy, że mimo, iż wcale nie jestem stara jak świat, to nie dość, że mam spory bagaż doświadczeń, to na dodatek nie dotykają mnie prawa fizyki. Jak to? Ano tak: od prawie dwudziestu lat mieszkam w jednym mieście. I mimo, że miasta nie zmieniałam, to zmieniły się aż cztery państwa, w których mieszkałam. Najpierw była to Socjalistyczna Federacyjna Republika Jugosławia, potem Federacyjna Republika Jugosławia, jeszcze potem tzw. Nowa Jugosławia czyli Wspólnota Państwowa Serbii i Czarnogóry. I wreszcie Republika Serbia. Tu od jakiegoś czasu nawet przestali drukować nowe mapy – mówią, że się nie opłaci, bo granice zmieniają się…jak w kalejdoskopie. Mój dziecięcy kalejdoskop zmieniał witraże, gdy poruszało się ręką. Czy tym bałkańskim  też potrząsa ręka z zewnątrz?...

Bałkany od dawna porównuje się do Puszki Pandory albo beczki prochu. Obserwując uważnie  Zachodnie Bałkany nie sposób oprzeć się wrażeniu, że kraje byłej Jugosławii wpadły w jakiś niesamowity upiorny taniec, którego ni jak nie mogą zaprzestać. W tym swoim chocholim tańcu nie zauważają, że wszystkie inne państwa – niemalże cała Europa - już dawna „bawi się”, przy zupełnie innej muzyce!  Choreografia tych drugich przewiduje taniec w wspólnym jednym kręgu wewnątrz, którego tworzą się coraz to nowe figury – motyl bałtycki, ptak wyszehradzki i inne trójkąty, czworokąty, pięciokąty, do  których tancerze się włączają bądź z nich odchodzą – układy są w dowolne, choć obowiązują w nich pewne zasady. Tancerze jednak krok znają – a wodzirej pilnuje, by nikt go nie zmylił. Nie ma niepotrzebnych barier – nie ma granic! I mimo, że sam krąg być może nie jest idealny to jednak jest wspólny! A eks -Jugosławii  (za wyjątkiem Słowenii) ostały się jeno złote wspomnienia (czasach dobrobytu, podróży po całym świecie i weekendowych wypadach po zakupy do Triestu) i … kałasznikow… Tu każdy chce być wodzirejem – tym jednym jedynym i na zawsze! Każdy uważa, że jego prawdy są jedyne a jego cierpienia największe. By usprawiedliwić mordy do jakich dochodziło tu na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat sięgają daleko w głąb historii, zapominając, że do pojedynku trzeba dwojga.

Naukowcy od dawna badają niepojęte zjawisko jakim jest sen. Próbują skonstruować narzędzie, które pozwolić „podglądać” ludzkie sny. Potem pewnie ci sami naukowcy będą pracowali nad kolejnym urządzeniem, które pozwoli sny kontrolować.  Bałkany śnią straszny koszmar. Śniło im się, że w swoim pięknym domu powybijali wszystkie okna. Zrobił się straszny przeciąg. Wiatr wpadający do domu przynosił coraz więcej śmieci, odpadków, brudu. Ktoś wpadł na pomysł, że może łatwiej poradzą sobie z wiatrem, gdy każdy zajmie swój pokój. Ale, który pokój należy do kogo? Każdy chciał mieć największy – a ci, którzy do tej pory nie mieli go wcale pomyśleli, że mogą wykorzystać sytuację i też mogą zająć, któreś pomieszczenie. I tak walczyli o pokoje nie zauważając, że wiatr drwi z nich wszystkich i raz wieje w jedną stronę, a drugi raz w całkiem inną… aż ten kiedyś przywiał do ich domu pocztówkę. Był na niej piękny dom. Wszyscy spojrzeli w zachwycie – dom był wielki i …nie miał wewnętrznych ścian – nie było w nim pokojów! Zapragnęli więc wyjść z domu, który sami zniszczyli i zamieszkać w domu z pocztówki. Ale droga do tego domu była słabo oświetlona – będą więc musieli bardzo uważać, by z niej nie zboczyć. Zresztą i tak najpierw musza posprzątać w swoim domu. Usunąć szkody, których narobili sami i które narobił wiatr… I pozostaje mieć tylko nadzieję, ze ich koszmar wkrótce się skończy. I ze po przebudzeniu nie okaże się, że byli królikami doświadczalnymi naukowców, którzy uwierzyli, ze są Bogami i mogą robić wszystko… nawet kontrolować sny.

 

O Jugolskiej ekipie :)

Komentarz o Jugolskiej ekipie rosnącej w siłę przypomniał mi o pewnej rozmowie sprzed ładnych paru lat. Myślę, że rozmowa miała miejsce przed nalotami na Jugosławię. Tu od razu mała dygresja -  mieszkając wiele w Serbii nie mogłam nie poczynić pewnej obserwacji: cały świat mierzy czas na erę przed i po Chrystusie. Na starożytność i nowożytność. Serbowie na czas przed Kosowem i po Kosowie. To znaczy czas przed bitwą na Kosowym polu (28 (wg. kalendarza gregoriańskiego). 06.1389.). Bitwą wokół, której toczy się cały serbski świat. Bitwą, która była największą porażką w historii państwa serbskiego, z której Serbowie uczynili apogeum zwycięstwa – dziś zresztą na co dzień możemy spotkać się z ich mistrzostwem w zamianie tez (ale to już temat na całkiem inny wpis). I jeszcze jedna smutna obserwacja: kiedy Europejczycy rozmawiają o ostatniej wojnie wiadomo, że chodzi o  II wojnę światową  – kiedy na ten sam temat rozmawiają Serbowie, Bośniacy, Czarnogórcy, Macedończycy czy Chorwaci natychmiast pada prośba doprecyzowania o jaką wojnę chodzi: „bo wojen ci u nas pod dostatkiem”. Dla Serbów ostatnia oznacza rok 1999 – czas nalotów na ówczesną Jugosławię.

Ale wróćmy do meritum tj. Jugoli. Zadzwonił kiedyś do mnie kolega po fachu, tłumacz z Prisztiny. Dzwonił, by skonsultować frazę, z której przetłumaczeniem nie mógł sobie poradzić. Zgodnie z tutejszymi zwyczajami nim przejdzie się do sedna sprawy należy przebrnąć przez tzw. część epicką rozmowy czyli przedstawienie siebie, swojej rodziny, historii narodu (to oczywiście karykaturalna złośliwość z moje stronyJ z racji mojej raczej konkretnej natury te wszystkie ble ble ble poprzedzające prawdziwy temat rozmowy doprowadzają mnie do szewskiej pasji! )… kolega tłumacz pięknie się przedstawił i obawiając się pewnie, że jego niesłowiańsko (żeby nie powiedzieć muzułmańsko) brzmiące imię i nazwisko (na imię miał Omar) może mnie zniechęcić szybciutko mi wytłumaczył, że jest od wielu lat żonaty z Polką i studiował w Polsce … itp. itp. Kiedy się zorientował, że jestem Polką, a –ić w moim nazwisko to „pomężowskie” –ić zaczęliśmy rozmawiać po polsku, a Omar by zyskać moją przychylność i niejako się odgrodzić od opowieści o „okropnych” kosowskich Albańczykach, którymi wtedy zalewała nas reżimowa propaganda zaczął mi opowiadać o studenckich przygodach z udziałem, jak mówił: „nas Jugoli”. „My Jugole” pojawiło się dokładnie tyle razy ile mamy przypadków x liczba pojedyncza i mnoga. I mogłam sobie nawet wyobrazić zadowolenie na jego twarzy po tym „wstępie propagandowo-reklamowym” do właściwej rozmowy. A mnie śmiać się chciało, bo osiągnął skutek wprost przeciwny od zamierzonego – dopiero wtedy zwróciłam uwagę na jego imię i nazwisko i informację skąd dzwoni. I oczywiście dokładnie wiedziałam kim jest (co akurat dla mnie nie ma absolutnie żadnego znaczenia) – bo żaden Jugosłowianin nie powiedział, by o sobie jest Jugolem, ani też nie użył zwrotu „my Jugole”. Nie miałam serca żeby Omarowi powiedzieć, że cała mistyfikacja w łeb wzięła… najważniejsze było to, że udało nam się rozwiązać problem natury lingwistycznejJ I kończą wątek „jugolski” – rozmawiając o losie swojego państwa Serbowie często wzdychają mówiąc „Jugo, Jugo moja tugo” (Juga – skrót od Jugosławia czyli Jugo, Jugo, moja trosko), a na pytanie jak jest na południu kraju odpowiadają: „što južnije to tužnije” (im bardziej na południe tym gorzej, tym smutniej).

Wszystkim, którzy chętnie czytają o różnych (nie koneicznie smiertelnie poważnych) tematach ex-jugosłowianskch polecam Bałkańską Mozaikę: www.balkmozaika.info

następny wpis o bałkańskich mitach :)

 

czwartek, 15 lipca 2010
Wycieczka

Chyba nie najlepszą porę wybrała na pisanie bloga – upał jest niesamowity. Nawet oddychać się nie chce - a co dopiero pisać. W Niedzielę byłam na wycieczce za miastem – Country Klub Babe. Sympatyczne miejsce aczkolwiek dość opustoszałe. Dlaczego? Pewnie dlatego, że ceny raczej nie skłaniają do dłuższego zatrzymywania się. Sytuacja bardzo dla Serbii  typowa: świetny pomysł, który pada ponieważ pomysłodawca chciał się szybko wzbogacić i swoja usługę wycenia ponad możliwości potencjalnego nabywcy. I tym sposobem hotel, domki i cała infrastruktura (np. boiska do siatkówki, piłki nożnej czy koszykówki) zieją pustkami i zarastają trawą. Po odwiedzeniu „Bab” obiad w przydrożnej restauracji będącej połączeniem baru z lat 60, restauracji z lat 70 i zajazdu na polance przy drodze. Komplet gości świadczy o jakości jedzonka. Zresztą ktoś nam nawet podpowiedział żebyśmy się posilili u „Nady i Tomy” – potem okazało się co prawd, że jedliśmy u „Nady i Żiki” – ale obiad i tak był wyśmienity. Na rożnie obowiązkowe na tej szerokości i długości geograficznej jagnię i prosięta. NO i by tradycji stało się zadość portret Draży Mihailovicia - czetnickiego wodza. Sumując: .. nagle okazało się, że bardzo lubię jagnięcinę – a myślałam, że jest wręcz przeciwnie… I właściwie wszystko było paluszki lizać.  I tylko potem trudno było wziąć się w garść i zrealizować ostatni punkt wycieczkowego programu tj. zwiedzanie zabytkowego monasteru Tresenje, którego lokalizacja była co nieco enigmatyczna.

Szukałyśmy i szukałyśmy drugi. Każdy zapytany człowieczek – o ile w ogóle udało się kogokolwiek „złapać” i zapytać  o drogę kazał nam jechać w inną stronę – miało być 6 kilometrów, 7 , 9 – ale gdy już dotarłyśmy okazało się, że warto było. Urokliwie położony równie urokliwy monaster robi ogromne wrażenie. Piękne dwie kapliczki, kolonia malarska – trudno się było oprzeć iluzji, że czas stanął tu w miejscu, że nagle znaleźliśmy się w całkiem inne czasoprzestrzeni. I nagle z zadumy wyrwał mnie pop nawołujący swoją gospodynię:

„daj mi coś do posmarowania gardełka (chi chi chi  - mógł chłopisko powiedzieć p prostu daj kobieto trochę rakijki! :)), a potem pójdę do tych… (tu wyraźne zniesmaczenie w głosie) … malarzy”.

Wieczorkiem będą zdjęcia :)

sobota, 10 lipca 2010
Stereotypy na wesoło

Śmiertelnie poważnie wypadł ten wprowadzający wpis. W związku z tym nieco humoru przed pójściem spać.

Narody z byłej Jugosławii lubią sobie żartować jedne z drugich. Generalnie rzecz biorąc o Czarnogórcach mówi się, że są leniwi jak nikt inny na tym świecie, Bośniacy ponoć nie grzeszą mądrością, Macedończycy słyną z zamiłowania do gadulstwa i plotkowania, Chorwacji są nadęci i zarozumiali, a Serbowie są mistrzami w komplikowaniu nawet najprostszych rzeczy i psuciu wszystkiego co zepsuć można. Na własnej skórze wielokrotnie się przekonałam o tym, że w przypadku Serbów i Czarnogórców w powiedzeniu jest bardzo wiele prawdy – co do Bośniaków też mam pewne doświadczenia, ale nie będę się wypowiadać. Niedawno byłam na urlopie w Czarnogórze. Oto co mi się przytrafiło.

Któregoś ranka – tj. około godziny. 12. poszłam do Agencji Lasta (największy serbski przewoźnik autobusowy) kupić bilet do Belgradu. Nie bez kozery mówię o ranku – przez kilka dni robiłam podchody około 9 rano (agencja jest niby czynna od 8.30), aż w końcu ktoś mnie pouczył, że przed 11 i tak nikt nie pracuje. O dziwo miała szczęści i pana urzędnika zastałam. Patrzę na ścianie wisi plakat informujący o zniżce  na bilety rodzinne. Pytam więc grzecznie:

- Przepraszam, co kryje się pod hasłem bilet rodzinny?

Urzędnik spojrzał na mnie, potem na plakat, pomyślał i odpowiedział bezbarwnym głosem:

- Nie wiem. Dostaliśmy to dopiero… pięć (sic!) dni temu …

Postanowiłam sprawę wyjaśnić do końca:

- A czy d końca wakacji będzie wiadomo? – w chwili gdy zadawałam pytanie był 03. lipca

- Do końca wakacji? – urzędnik zamyślił się głęboko – … no pewnie będzie .

Dom na rozdrożach

Od ponad 20-stu lat mieszkam na Bałkanach, a dokładniej w Serbii. To wystarczająco duży szmat czasu by móc spróbować zrozumieć obowiązujące tu mechanizmy postępowania i niejako od środka obserwować pewne zjawiska – ba nawet próbować je pojąć. Z drugiej strony 20 lat to wystarczająco mało by stracić umiejętność postrzegania tych zjawisk „z zewnątrz”

Jednakże do pisania „Bałkańskiej nie-bajki” nie zmobilizowała mnie okrągła rocznica mojego pobytu tutaj, ani fakt, że w końcu mówiąc „u nas” nie mówię o moim rodzinnym miasteczku, ale o Belgradzie. Motywatorem były … nerwy. Nie odkryję Ameryki mówiąc, że światem rządzą stereotypy. Trudno się oprzeć wrażeniu, że te dotyczące Bałkanów nie zmieniają się od wieków. Nie mogłam się nie uśmiechać czytając  w Dzikiej Europie Bożidara Jezernika o mieszkańcach Albanii mających ogony (które podróżnicy z Europy Zachodniej nie tylko widzieli, ale i dotykali!), i Dalmatynkach (mieszkankach regionu chorwackiej części wybrzeża adriatyckiego), o piersiach tak dużych, że chcąc nakarmić noszone na plecach niemowlęta przerzucały piersi na plecy nie musząc zmieniać pozycji dzieci. Nie zabrakło  oczywiście wizji Bałkańczyków o przekrwionych oczach, których jedynym marzeniem jest pożarcie noworodka na śniadanie. Później kipiałam wręcz z irytacji czytając Bałkańskie upiory. Podróż przez historię. Roberta Kaplana – pozycję zaliczaną do kanonu wiedzy o Bałkanach. Jestem w stanie zrozumieć, że subiektywnie możemy kogoś lubić bądź nie, mniej lub bardziej cenić to jednak wydawało mi się, że druga część tytułu zobowiązuje jednak do jako takiego obiektywizmu. Okazuje się, że nie zobowiązuje. W książce jest sporo przekłamań historycznych (które nawet ja, osoba średnio biegła (niestety) w historii jest w stanie nie tylko wyłapać, ale i skonfrontować ze źródłami historycznymi. A stereotypy Dokładnie te same, choć osadzone w innych realiach historycznych, jak te z XV, XVI i XVII wieku, które przytacza wywołany już Bożidar Jezernik: na śniadanie wyłupione oczy,a  na podwieczorek bijące jeszcze serca popite ciepłą krwią (która leje się hektolitrami). No oczywiście jedna wielka dzicz… A wszystko przyprawione amerykańską butą i niestety tendencyjnością… Ale nawet lektura Bałkańskih upiorów R. Kaplana nie skłonił mnie do podzielenia się z moim osobistym (więc samym tym w jakiejś mierze subiektywnym) postrzeganiem tej niezwykłej mozaiki narodów, kultur, konfesji.

A co mnie skłoniło? Był upalny letni dzień. Przyjechała do mnie koleżanka z Polski. Osoba, która od dłuższego już czasu deklaruje zainteresowanie Bałkanami – i kulturą, i sytuacją społeczno-polityczną. To był jej drugi pobyt tutaj. Za pierwszym razem irytował mnie trochę jej stosunek do Bałkanów i sposób postrzegania pewnych zjawisk. Pomyślałam nawet wtedy, że jest typową przedstawicielką grupy patrzącej na ten region wyłącznie przez różowe okulary. Dla nich Bałkany to jedna wielka monolityczna bryła, której mieszkańcy nie robią nic innego tylko od rana do nocy bawią się, popijają wino i kawę i czekają by ugościć przybyszów z Europy. Osoby tzw. nurtu pozytywnych stereotypów są szczerze zdziwione, gdy im się powie, że ludzie tutaj pracują, chorują i umierają… Przyznam szczerze, że byłam nieco zdziwiona takim podejściem do sprawy, gdyż osóbka ta z racji wykształcenia powinna mieć wyrobione określone mechanizmy pozwalające na realne postrzeganie poszczególnych narodów, krajów, regionów. Tym razem miarka się przebrała! W jednym worku znalazły się baby, żaby i jeże. Nagle usłyszałam swoje własne zdania – wypowiedziane w zupełnie innym kontekście przez zupełnie inną osobę, która na dodatek nie ma zielonego pojęcia o czym mówi!  Krew we mnie zawrzała niczym w prawdziwym Bałkańczyku (niech żyją stereotypy!!! J) i gdyby nie to, że akurat pomalowałam paznokcie przypuszczam, że w tej chwili siedziałabym w więzieniu za zabójstwo w drodze uduszenia! Nawet teraz, mimo, że od rozmów będących motorem sprawczym powstania tych zapisków, nie opuszcza mnie irytacja!

Ale nie ma tego złego co by na dobre – mam przynajmniej taką nadzieję – nie wyszło. W efekcie postanowiłam, że będę zapisywała moje własne przemyślenia na temat mieszanki serdeczności, nienawiści, bohaterstwa i quasi bohaterstwa, nacjonalizmu i patriotyzmu, z którymi stykam się na co dzień. Są pewne rzeczy, które można dostrzec dopiero osiągnąwszy określony etap wtajemniczenia – długo tu mieszkając, dobrze znając język, zwyczaje, sympatie, te wszystkie niuanse, które dla „obcych” są niedostrzegalne… I wreszcie mojego własnego rozumienia bardzo tu popularnego powiedzenia „Nasz dom jest na rozdrożach”…, które według mieszkańców tegoż domu usprawiedliwia wszystko…